You are currently browsing the tag archive for the ‘tel awiw’ tag.

Któregoś pięknego zimowego poranka postanowiliśmy oddać cześć zasadzie „cudze chwalicie, swego nie znacie” i zamiast na tradycyjną wyprawę po Izraelu udać się do położonego w Tel Awiwie Museum Eretz Israel (dosł. Muzeum Ziemi Izraela, przy czym zasadniczo chodzi tu o Ziemie, a nie o ziemię, co jednak obejmuje również tematykę u nas obsługiwaną przez Muzeum Ziemi). Jedną z przesłanek była rekomendacja naszego водителя, a drugą – fakt, że jest to jedna z niewielu placówek, które da się odwiedzić również w weekend.

Gablota z m.in. ozdobnymi płóciennymi przykrywkami do koszyków na macę.

Żeby maca nie wyschła.

Muzeum zajmuje spory obszar na północ od rzeki Yarkon, co oznaczało konieczność ponownego złamania australijskich zakazów i udania się tam transportem miejskim – ale o tym przy innej okazji. Teren jest obszerny, mieści około 10 pawilonów muzealnych i ekspozycje plenerowe, dlatego z dużą ulgą powitaliśmy stojącą przy samym wejściu mapę. Niestety nasza radość trwała krótko – mapa opisana była wyłącznie po hebrajsku.

Praemonitus, praemunitus, jak mawiali jednak starożytni Rzymianie. Na wszelki wypadek zapoznaliśmy się bowiem wcześniej z mapką na stronie internetowej i spisaliśmy co ciekawsze punkty programu. Tak więc bez większych obaw ruszyliśmy na azymut w kierunku planetarium…

Jakieś drzwi.

W świetle lampy błyskowej.

… zamkniętego z powodu remontu. Zamknięcie było na tyle konspiracyjnie (zastawka „uwaga, mokra podłoga”), że postanowiliśmy zbadać sprawę bliżej. Zanurzyliśmy się w ciemny korytarz wejściowy, w którym po dwóch zakrętach nie było już widać absolutnie nic. Przyświecając sobie lampą błyskową (a w zasadzie robiąc zdjęcia i poruszając się według nich) dotarliśmy jeszcze kawałek dalej, ale tu na przeszkodzie stanęły solidne, zamknięte drzwi. Uznaliśmy, że faktycznie obiekt jest zamknięty. Po opuszczeniu przez nas przybytku panowie papiarze (kładący na dachu papę) dziwnie na nas spojrzeli…

Nic to. Zaraz obok była kolekcja zegarów słonecznych z różnych rejonów Bliskiego Wschodu (repliki), większość źle wyregulowanych, oraz ogród nawiązujący do starożytnej bajki biblijnej o tym, jak drzewa postanowiły wybrać sobie króla (9 rozdział Księgi Sędziów). A więc oliwki, figi, winorośle i krzew cierniowy. A zaraz obok postawiono kamienną szopę  (czy może istnieć coś takiego? tu może.) pełniącą rolę tłoczni do oliwy. Każdy chętny mógł tu spróbować wycisnąć trochę oliwy za pomocą rozmaitych pras – od tych najbardziej starożytnych, do tych trochę mniej.

Nieopodal zbudowano budynek będący repliką dawnego młyna wodnego, a poniżej, u stóp zbocza rozplanowano wystawę „Drogi i Koleje Izraelskie”, ilością eksponatów niemal dorównującą muzeum w Hajfie: dwie lokomotywy, dwa wagony i wózek oraz trochę torów i kawałków dróg. Kolekcja została oczywiście udokumentowana i umieszczona w odpowiedniej galerii.

Obok tłoczni mieści się pawilon historyczny z eksponatami reprezentującymi różne kręgi żydowskiej diaspory – można obejrzeć stroje oraz przedmioty codziennego i świątecznego użytku Żydów bliskowschodnich, etiopskich, marokańskich, rosyjskich, europejskich itd. Bardzo ciekawe – różne tradycje, różne sposoby dekorowania… Mnie jako miłośnikowi potraw meksykańskich spodobały się ozdobne płócienne przykrywki na koszyki z macą; był też XVIII-wieczny ozdobny ołtarz na Torę umieszczony w osobnym pomieszczeniu – replice synagogi.

Czytaj resztę wpisu »

Reklamy

Ostatni wieczór w Tel Awiwie spędziliśmy na miłej kolacji z naszymi współpracownikami. Na szczęście wszyscy byli zmęczeni po całym tygodniu i spotkanie zakończyło się dość wcześnie. Do domu poszliśmy piechotą, ponieważ restauracja nie była daleko, a przy okazji mogliśmy się pożegnać z Bulwarem Rothschilda i bazarem HaCarmel.

Szczególnie to ostatnie miejsce przywołało wspomnienie pierwszego wieczornego spaceru podczas wrześniowego pobytu i słynnej już ucieczki przed spychaczem. Myślałam, że będzie to jedyna klamra spinająca nasz pobyt, ale jeszcze miało się okazać, że się myliłam.

Po powrocie do domu dokończyłam pakowanie i zwalczywszy w sobie pokusę, żeby wybrać się na ostatni spacer po promenadzie, poszłam spać. Rozsądek nakazywał bowiem spróbować nabrać choć trochę sił przed nocną podróżą.

W głowie tłukły mi się tylko cały wieczór myśli, że „już nigdy nie będzie takiego lata”, takiego biegania do Jaffy, takiej pity, takiego humusu, takich falafli, takiego VW Passata z kierowcą rano przed domem, takich ciepłych wieczorów na tarasie z widokiem na morze, już nigdy…

Po dwóch godzinach okazało się, że nie tylko ja byłam w nastroju do płaczu. Niebo nad Tel Awiwem popłynęło strugami wody, jakich nie widziano tu od co najmniej 10 miesięcy. Już rano padał deszcz, ale w nocy nad morzem rozpętał się straszliwy sztorm i strugi deszczu zaczęły uderzać w nasz domek, który żadną miarą nie był budowany z myślą o takich warunkach atmosferycznych. O drugiej nad ranem obudził mnie hałas piorunów i przewracających się na dachu parasoli i krzeseł oraz prób Michała, żeby sobie z tym kataklizmem jakoś poradzić. A jak już wstałam z łóżka (bo o 3 mieliśmy taksówkę), to na podłodze powitała mnie kałuża wody. I tu mamy klamrę spinającą ostatni pobyt.

Co prawda, tamta powódź była spowodowana pękniętą rurą i była to awaria dość prosta do naprawienia, a tutaj woda lała się z sufitu tylko i wyłącznie dlatego, że spadł deszcz. Druga kałuża przywitała mnie przy drzwiach wejściowych i wg naszej analizy musiała być spowodowana wlewaniem się wody na korytarz pod drzwiami głównymi do budynku. Za to, żeby mi było weselej, to w mniejszym lub większym stopniu zalało wszystkie nasze mieszkania, co niewątpliwie zmniejszyło nasz smutek spowodowany opuszczaniem tego mimo wszystko bardzo gościnnego, przyjaznego i ciepłego kraju.

I tak oto niepostrzeżenie dobiega końca nasz pobyt w Ziemi Świętej. Słońce zachodzi na długo zanim zdążymy wyjść z pracy, wieczorne kąpiele w morzu pozostały już tylko wspomnieniem… Kończą się zapasy kupionych w połowie września kaparów, zjedliśmy ostatnie kawałki melawy.

I jak dziś wygląda nasz trzeci gryz?

Na pewno nie można powiedzieć, że udało się nam przez te dwa miesiące zrozumieć mieszkańców tych krain. Z drugiej jednak strony, chyba choć trochę rozumiemy już, jak działa lokalna rzeczywistość. Skąd biorą się różne rodzaje Żydów – od rosyjskojęzycznej spółdzielni taksówkarzy, przez Izraelczyków z Jemenu i Etiopii (o kręconych włosach), Ukrainy, Francji i Irlandii… W jaki sposób – a raczej – że – są oni w stanie współpracować i tworzyć względnie spójne społeczeństwo. Widzieliśmy, jak wygląda tu wychowanie do izraelskiego patriotyzmu i na czym ten patriotyzm polega. Znamy kilka (uśredniając) hebrajskich literek i parę słów (np. „koszerny”, „pizza”), wiemy też chyba, z kim i o czym można rozmawiać, a o czym lepiej milczeć.

Żegnamy ten kraj, ludzi, przyzwyczajenia, nasze tymczasowe miejsce zamieszkania z jego urokami różnego typu.

Zasłona nie zdąży mi już zlecieć szósty raz z uparcie „naprawianego” karnisza, pralka nie zaszumi nam swoim kojącym dźwiękiem, koguty nie będą nas już budzić od trzeciej nad ranem; rano nie wsiądziemy już do białej taksówki a wieczorem przed weekendem nie zwołamy narady wojennej na dachu, przy akompaniamencie jazzu z Baby Yagi.

Tel Awiw żegna nas potokami deszczu.  Żegnaj, Tel Awiwie.

Żegnaj nam, Jaffo, Hajfo, Jerozolimo, Be’er Shevo, pustynio. Do widzenia.

finis

Ale… to jeszcze nie koniec tego bloga. Zostało nam trochę wrażeń, podróży i spostrzeżeń do opisania, niektóre może dojrzeją dopiero za jakiś czas. Nie jest też wykluczone, że przynajmniej niektórzy z nas jeszcze tu wrócą. A więc do zobaczenia niebawem.

Kiedy podejmowaliśmy decyzję o tym, gdzie chcielibyśmy mieszkać, podstawowym argumentem przemawiającym za wynajmem mieszkań w przeciwieństwie do pokoi hotelowych była pralka. W tutejszym klimacie i przy ograniczeniu 20 kg bagażu na osobę ciężko jest funkcjonować bez zapewnienia sobie dostępu do tego sprzętu AGD lub do kogoś, kto tego typu usługi świadczy. W porządnych hotelach pranie T-shirta kosztuje około 10 dolarów, więc wizja posiadania własnej pralki i suszarki była kusząca. Czytaj resztę wpisu »

Jedną z najbardziej urokliwych rzeczy w Tel Awiwie jest nadmorska promenada. Ciągnie się ona wzdłuż wybrzeża od północnych krańców Tel Awiwu przez kilkanaście kilometrów (8,7 mili wg oficjalnej strony turystycznej tego miasta: http://www.visit-tlv.com) na południe aż do starego portu w Jaffie. Po drodze znajdują się największe i najbardziej luksusowe hotele w mieście, chociaż również można znaleźć tam dużo mniej spektakularne hoteliki o odpadającym tynku.

plaza_hotele_small

eljat_small

Na znacznej części trasy między promenadą a morzem znajdują się piaszczyste plaże, ale można tam również spotkać miejsca, gdzie ścieżka biegnie tuż przy kamienistym wybrzeżu.

kamienie

Czytaj resztę wpisu »

Jedni wiedzą, a inni nie, że w 2003 roku Tel Awiw wpisany został na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Czym sobie na to zasłużył?

Architekturą. To młode miasto, powstałe w początkach XX wieku jako przedmieścia arabskiej Jaffy, w latach trzydziestych przeżywało okres gwałtownego rozwoju w związku z przybywaniem do Palestyny kolejnych żydowskich osadników. Wśród nich znalazła się spora liczba architektów, przede wszystkim absolwentów niemieckiej szkoły Bauhausu, uciekających przed hitlerowskim terrorem. Już wkrótce mieli oni nadać gwałtownie rozbudowującemu się Tel Awiwowi unikalnego charakteru, stworzonego z połączenia architektury modernistycznej z rozwiązaniami wynikającymi z… lokalnych potrzeb klimatycznych.

Ale zacznijmy nasz spacer…

Zaczynamy – zupełnym oczywiście przypadkiem – na południowym krańcu ulicy HaYarkon, w pobliżu hotelu David InterContinental oraz tureckiego meczetu Hassana Beka. Meczet powstał tu w 1916 roku, prawdopodobnie po to, aby odciąć od morza rozwijającą się intensywnie ku północy Neve Cedek – zalążek Tel Awiwu zamieszkany już wówczas przez żydowskich osadników. Przez wiele lat meczet był punktem spornym i miejscem walk oraz zamieszek, ale my dzisiaj nie o tym… Ruszamy więc na wschód w labirynt uliczek na tyłach InterContinentalu – możemy na przykład wybrać ulicę Pines.

nevetzedek

To akurat nie jest Pines. Fot. Bartek.

Neve Cedek stała się w ostatnich latach dzielnicą dość zamożną, wille są odnowione, uliczki czyste, a koty – tłuste. Po napatrzeniu się na charakterystyczny ciasny układ urbanistyczny z wąskimi alejkami zaczynamy przedzierać się na wschód, na przykład ulicą Shabazi, aby dostać się do południowego krańca bulwaru Rothschilda.

Ulica ta to prawdopodobnie najbardziej reprezentacyjny bulwar Tel Awiwu; pozwala obejść miasto dookoła i przy okazji przyjrzeć się charakterystycznym elementom jego architektury. Ponieważ jednak willowego Bauhausu jest w Tel Awiwie tyle, że jest on praktycznie niezauważalny, bo staje się tłem (zbudowano tu ponad 4000 jedno- i parupiętrowych willi, z których 1500 zostało zarejestrowanych przez UNESCO), najpierw dowiedzmy się, czego będziemy szukać.

Jak rozpoznać Bauhausa?

Czytaj resztę wpisu »

Wczoraj po pracy postanowiliśmy zahaczyć o centrum handlowe, ponieważ każdemu ujawniły się jakieś zakupowe potrzeby. Ja się poddałam i kupiłam tani zegarek (no dobra, dwa, ale były promocje), ponieważ pogodziłam się z tym, że mój ukochany Diesel się już nie odnajdzie, a na nowy porządny na razie mnie nie stać. Po wyjściu ze sklepu udaliśmy się w stronę morza i poszliśmy promenadą na wieczorny spacer wzdłuż plaży. Wzburzone ciemne fale nie zachęcały do kąpieli, więc odłożyłam to na kolejny dzień.

No i w końcu się udało.
Czytaj resztę wpisu »

Dokonaliśmy dziś pierwszego, eksperymentalnego zanurzenia. Eksperyment można uznać za udany.

Czytaj resztę wpisu »

Badając miasto wieczorną porą, trafiliśmy na pobliską ulicę Ha Caramel (or compatible), gdzie w ciągu dnia odbywa się targ. Wieczorem natomiast, jak się okazało, cała ulica zawalona jest hałdami odpadków pozostałymi po tej imprezie. Przejść się praktycznie między tymi zwałami nie da, trzeba zmieścić się w niespełna metrowym oczyszczonym pasie chodnika wzdłuż ścian budynków.

Kręci się tu kilku miejscowych (straganiarze? sprzątacze? mieszkańcy?), którzy udrażniają przejście spychając góry śmieci na środek. Przebić się przez nie byłby w stanie tylko ciężki sprzęt w rodzaju spychacza… I faktycznie, spychacz taki się pojawia.

P1090863

Zdjęcie samej uliczki zawalonej śmieciami niestety się tu nie pojawi, bo wyszło poruszone – musiałem uciekać przed Wielką Szuflą.

Rano pierwszą rzeczą, którą musiałam zrobić było zadzwonienie po taksówkę. W czasie poprzedniego pobytu spotkaliśmy taksówkarza, który w przeciwieństwie do części operatorów w centralach radio taxi biegle mówił po rosyjsku i do tego dał nam swoją wizytówkę. Świadomość, że muszę  dogadać się po rosyjsku przez telefon była tak stresująca, że przez moment chciałam stchórzyć i wyruszyć na poszukiwanie jakiegoś postoju. Jednak się udało, łącznie z przekonaniem pana, żeby przysłał nam jakiegoś kolegę, skoro sam nie był w stanie do nas na czas dojechać. Czytaj resztę wpisu »

Autorzy

Kategorie

Grudzień 2018
N Pon W Śr C Pt S
« Mar    
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031  
Reklamy