Spędziwszy tygodniowy urlop w przyjemnie jesiennej Polsce, wróciłam do Tel Avivu.

Po wyczerpującej podróży dotarliśmy przed czwartą rano do naszego apartamentowca. Już się zdążyłam ucieszyć, że po zmianie czasu (w Izraelu jest już czas zimowy) będę miała godzinę snu więcej, gdy nagle poślizgnęłam się wchodząc do mieszkania i zorientowałam się, że połowę mojego salonu i łazienki zajmuje malownicza kałuża. W oczach stanęło mi tsunami dopadające naszego domu i rozejrzałam się dookoła w poszukiwaniu dalszych zniszczeń, ale reszta mieszkania wyglądała dość normalnie. Zwalczyłam w sobie odruch, żeby to zupełnie zignorować i powędrować do łóżka i spędziłam 20 minut ściągając z podłogi dwa wiadra wody. Potem zadowolona z siebie poszłam się wykąpać i gdy wychodząc z łazienki wdepnęłam w świeżo utworzoną kałużę, to już uznałam, że mogę się nią nie przejmować i iść spać.

Sądząc po śladach na ścianach i stolarce oraz po prędkości, z jaką kałuża się odtworzyła, musiał to być to całkiem porządny przeciek, który trwał ładne parę dni, więc poważnie zastanawialiśmy się, co mogło go spowodować. Powstała też teoria, że jest to podniesienie standardu pokoju poprzez dodanie do niego basenu lub obiecana jakiś czas temu pralka.

Dzisiaj skontaktowałam się z właścicielami i dowiedziałam się, że jest to wina sąsiada, z którym pani porozmawia, żeby się to więcej nie powtórzyło. Wyeliminowało to kolejną teorię, że ktoś się za ścianą utopił zostawiając odkręconą wodę. Po paru godzinach dostałam jednak telefon, że zidentyfikowano przeciek w rurze i moje mieszkanie wzbogaciło się o „nie bardzo estetyczną” dziurę pod lustrem.

Trudno, na razie przetestuję funkcję osuszania w klimatyzatorze. Na szczęście moja sypialnia jest na tyle daleko od łazienki, że tam potop mi nie grozi.

Reklamy