Rano pierwszą rzeczą, którą musiałam zrobić było zadzwonienie po taksówkę. W czasie poprzedniego pobytu spotkaliśmy taksówkarza, który w przeciwieństwie do części operatorów w centralach radio taxi biegle mówił po rosyjsku i do tego dał nam swoją wizytówkę. Świadomość, że muszę  dogadać się po rosyjsku przez telefon była tak stresująca, że przez moment chciałam stchórzyć i wyruszyć na poszukiwanie jakiegoś postoju. Jednak się udało, łącznie z przekonaniem pana, żeby przysłał nam jakiegoś kolegę, skoro sam nie był w stanie do nas na czas dojechać.

Na powrót zakontraktowaliśmy już pana od wizytówki, który grzecznie ucieszył się na mój widok, co dało mi przyjemne, aczkolwiek złudne, uczucie powrotu do znanego miasta. Poprzednio mieszkałam w hotelu przy samej autostradzie, więc podróże między firmą a hotelem były szybkie i mało interesujące. Teraz musimy przepchać się przez dość gęsto zatłoczone centrum. Jest dzięki temu okazja poprzypatrywać się tutejszemu stylowi prowadzenia samochodów, który charakteryzuje się między innymi tym, jak to ujął Michał, że „znaki poziome są dla kierowców jedynie luźną sugestią”. Udało się nam raz utknąć w korku dokładnie pomiędzy dwoma pasami mając po obu stronach autobus. Niestety podróże zajmują nam więcej czasu, trochę więcej kosztują, ale przynajmniej mają większą wartość krajoznawczą. Tel Aviv to miasto kontrastów, gdzie na jednej ulicy mija się wieżowce, rudery, wille i stare piękne kamienice, które czasy świetności mają dawno za sobą.

Po przyjeździe do domu znaleźliśmy jeszcze trochę siły na krótki spacer nad morze, które rzeczywiście jest trzy minuty od nas. Na brzegu stoją wieżowce, które od wody oddziela szosa i promenada. Podobieństwo z Lake Michigan i centrum Chicago zakłócały tylko niesamowite fale, na których niektórzy uczyli się surfować i falochrony z ogromnych głazów, które trochę te fale rozpraszały. Okazało się też, że woda w tym morzu jest niewiele chłodniejsza od wody w domowej wannie.

Wieczorem wyruszyliśmy jeszcze na wyprawę w poszukiwaniu sklepu spożywczego, żeby zapełnić trochę lodówki, skoro już udało się dostać w pełni wyposażone mieszkania. Niestety nie ma tu żadnego sklepu „za rogiem”, ale w ciągu godziny udało nam się wrócić z jakimiś zapasami. Próbowałam jeszcze chwilę śledzić wynik w meczu siatkarzy, ale w końcu się poddałam i po trzecim secie poszłam spać.