Wczoraj po pracy postanowiliśmy zahaczyć o centrum handlowe, ponieważ każdemu ujawniły się jakieś zakupowe potrzeby. Ja się poddałam i kupiłam tani zegarek (no dobra, dwa, ale były promocje), ponieważ pogodziłam się z tym, że mój ukochany Diesel się już nie odnajdzie, a na nowy porządny na razie mnie nie stać. Po wyjściu ze sklepu udaliśmy się w stronę morza i poszliśmy promenadą na wieczorny spacer wzdłuż plaży. Wzburzone ciemne fale nie zachęcały do kąpieli, więc odłożyłam to na kolejny dzień.

No i w końcu się udało.

Dzisiaj prosto po pracy pobiegliśmy na plażę. Nic mi się nie wydawało. Woda jest tak ciepła, że wchodzi się do niej bez najmniejszego problemu. Do tego wystarczy się w niej spokojnie unosić, bo emocji i rozrywki dostarczają nadchodzące fale. Na początku było dość spokojnie, a potem najpierw nadleciał samolot, a po nim zaczęły się pojawiać fantastyczne masy wody, która aż podrzucała do góry. Nie wiem, czy te dwa zdarzenia miały związek przyczynowo – skutkowy, ale wrażenie było fajne. Potem przeleciały dwa helikoptery, ale nie miało to aż tak przyjemnych skutków. Jak zabawa w skakanie nad falami przestała być tak fajna jak na początku, wróciliśmy na brzeg. Nie obyło się bez uciekania przed doganiającymi nas falami, które nagle postanowiły przybrać na sile i opóźniać moment dotarcia do brzegu. Na szczęście zaraz mogłam już dosięgnąć dna i resztę trasy pokonać na piechotę.

Do domu biegłam jeszcze szybciej niż na plażę, bo okazało się, że moja skóra nie lubi soli.

Cała ta eskapada, łącznie z doprowadzeniem się do porządku trwała niecałą godzinę, a mi nie został już nawet kawałeczek siły. Ale nie zamierzam się tak łatwo poddawać. Jeszcze tam wrócę. Jako dziecko spędzające wakacje nad jeziorem nie mogę się nadziwić czemuś takiemu jak morze. Ciągle się muszę oswajać i powoli się uczyć, na czym polega ta zabawa. No a jeśli nie teraz, to kiedy…

Reklamy