Kiedy podejmowaliśmy decyzję o tym, gdzie chcielibyśmy mieszkać, podstawowym argumentem przemawiającym za wynajmem mieszkań w przeciwieństwie do pokoi hotelowych była pralka. W tutejszym klimacie i przy ograniczeniu 20 kg bagażu na osobę ciężko jest funkcjonować bez zapewnienia sobie dostępu do tego sprzętu AGD lub do kogoś, kto tego typu usługi świadczy. W porządnych hotelach pranie T-shirta kosztuje około 10 dolarów, więc wizja posiadania własnej pralki i suszarki była kusząca.

Po przyjeździe do naszej willi zaczęłam wstępne poszukiwania tego przedmiotu naszego pożądania, ale moje wysiłki spełzły na niczym. Po dwóch dniach pojawiła się właścicielka podpisać z nami umowę i na moje pytania odpowiedziała, że tak oczywiście, ma być, ale nie ma i będzie za kilka dni. Po kilku dniach telefon odebrał jej mąż i stwierdził, że pralki nie ma, bo i nie miało być. Ponieważ udało mi się znaleźć ulotkę reklamującą nasze lokum i odesłać ją właścicielowi, to uzyskałam telefoniczną obietnicę, że skoro jest napisane, że będzie to będzie, ale za parę dni, bo teraz są święta. Rzeczywiście były, natomiast przez kolejne trzy dni, do czasu naszego wyjazdu z Tel Awiwu nic się w kwestii zaopatrzenia mieszkania w urządzenia piorące nie zmieniło.

Kiedy wróciliśmy po kilkudniowym pobycie w Polsce, z duszą na ramieniu zajrzeliśmy do miejsca wyznaczonego na nasz skarb. I rzeczywiście stała tam prawdziwa pralko-suszarka. Radości nie było końca, pomimo tego, że świeciło się na niej cały czas dziwne światełko i nie reagowała ona za bardzo na żadne przyciski. Ponieważ jednak w dniu przylotu za bardzo nie mieliśmy czego prać, to bliżej przyjrzeliśmy się jej dopiero po kilku dniach. Niestety okazało się, że żaden przycisk nie działa, a światełko świeciło się tylko do czasu „restartu”, czyli wyjęcia i włożenia z powrotem wtyczki do gniazdka z prądem. Jeden magister informatyki nie-inżynier i pięciu magistrów inżynierów nie zdołało nic zrobić.

Skarga do właścicieli mieszkania poskutkowała tym, że przy okazji gospodarskiej wizyty zabrali nam klucz do pomieszczenia gospodarczego tym samym uniemożliwiając nam stwierdzenie, czy mamy działającą pralkę czy nie. Ze względu na brak danych wejściowych procedura narzekania na brak pralki zakończyła się błędem.

Te wszystkie wydarzenia nie sprawiły jednak, że znikł pierwotny problem zbierających się brudnych ubrań, więc trzeba było skorzystać z rozwiązań alternatywnych. Na szczęście w okolicach naszego domu znajduje się publiczna pralnia. Okazała się ona dla mnie fantastycznym rozwiązaniem po pokonaniu pierwszych trudności polegających na przełamaniu wstrętu na widok nigdy chyba nie czyszczonych pojemników na płyn do prania i płukania oraz zidentyfikowaniu sklepu należącego do właściciela tego przybytku, który bez większych dyskusji rozmienia pieniądze na monety 1 i 5 szeklowe potrzebne do uruchomienia stojących tam urządzeń.

Ponieważ ja lubię prać, to byłam tam już kilka razy i dzisiaj doszłam do wniosku, że jest to moje drugie ulubione miejsce w Tel Awiwie po wzgórzu na starym mieście w Jaffie. Opracowałam swój rytuał. Najpierw idę do sklepiku po monety, przy okazji kupując sobie lody Magnum. Następnie nastawiam pranie i wędruję na ławeczkę przed pralnię z lodami i ciekawą książką. Nasza uliczka jest dość wąska, ale ruchliwa. Co chwilę przejeżdżają samochody, często bębniące różnoraką muzyką. Dookoła wałęsają się koty. W domku obok jakaś para je kolację na tarasie. Po ulicy przechadzają się ludzie, czasem ktoś zagada, o coś zapyta. Jeżeli akurat używa znanego mi języka, to mogę poczuć się jak stary mieszkaniec i dać wskazówki, jak dojść do Baby Yagi albo powiedzieć, która godzina. Dzisiaj sama się z siebie śmiałam, jak podniosłam głowę znad książki na słowo „slicha” (przepraszam), chociaż dało to pytającym błędne wrażenie, że mogą kontynuować po hebrajsku. Na szczęście wcześniej rozmawiali po rosyjsku, więc się jakoś dogadaliśmy.

Czasami do pralni przychodzą też inne osoby, najczęściej obcokrajowcy, którzy pewnie tak jak my założyli, że wyposażenie wynajętego mieszkania obejmuje pralkę.

Najciekawsze spotkanie miałam z pewną panią, która na widok mojej fryzury oszalała z radości i obejrzała każdy kosmyk moich włosów, żeby powiedzieć fryzjerce, jak ma ją obciąć, bo „jak była mała, to też miała taką fryzurę”.

Zazwyczaj jednak jest w miarę cicho i spokojnie, o ile miejski gwar kiedykolwiek jest cichy, dookoła jest noc rozświetlana lampami i powietrze ma ponad 25 stopni ciepła. A ja sobie siedzę i czytam, i rozmyślam…

Potem wyciągam ciepłe i suche pranie z suszarki, pakuje je do mojej walizeczki i wracam do domu uśmiechając się do siebie.

Reklamy