You are currently browsing the category archive for the ‘Miejsca’ category.

Wychowanie patriotyczne młodych pokoleń to dla Izraela dosłowne być albo nie być. Kraj potrzebuje silnej armii, służb bezpieczeństwa i przede wszystkim – społeczeństwa przekonanego do tego, że ma on (i ono) rację bytu w tym konkretnie miejscu.
Dlatego po ukończeniu w 18 roku życia szkoły średniej wszyscy obowiązkowo lądują w armii: kobiety na dwa lata, mężczyźni na trzy. Dopiero potem przychodzi czas na studia i pracę – przy czym podczas przyjęć w każde z tych miejsc bardzo liczy się opinia ze służby, czy też ewentualny jej brak (służba zastępcza, zwolnienie ze względu na stan zdrowia – czyli uchylanie się, itp.). Przez trzy lata w wojsku młodzież uczy się patriotyzmu…

Ale o kształtowanie odpowiednich postaw dba się już i wcześniej. Czytaj resztę wpisu »

Reklamy


Grunt to odpowiednie maskowanie.

Któregoś dnia przestały docierać do mnie SMSy na polską komórkę.

Nie było to tak od razu, o nie. Najpierw pojedyncze egzemplarze utykały gdzieś po drodze: czasem docierały z niewielkim opóźnieniem, czasem większym. Z początku nie zdawałem sobie z tego sprawy, dopiero kilka dziwnych pytań Żony sprawiło, że zacząłem coś podejrzewać. Problem był nieco dokuczliwy, ale dało się z nim żyć.

Potem, któregoś dnia, nie dostałem SMSa autoryzacyjnego z banku. To już było mniej fajne, ale po kilku minutach niezrażony kliknąłem „wyślij powtórnie”. I znowu nic. Kliknąłem jeszcze raz, i jeszcze – nadal nic nie przyszło. Może awaria w banku, pomyślałem, i postanowiłem kluczowy przelew wykonać z drugiego konta. Ale tu też nic… Wszedłem na stronę internetowego biura obsługi mojego operatora – tu logowanie również odbywa się SMSem. I oto, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, do mojej komórki dobija się cały łańcuszek wiadomości – przodem od operatora, a następnie cała kolejka kodów jednorazowych z obu banków.

Przelew poszedł. Ale kilka dni później trzeba wykonać kolejny, jeszcze bardziej kluczowy. I znowu problem. Testowo wysyłam wiadomość z telefonu PL na IL: przechodzi. Z IL na PL: przechodzi. Po znajomości z cudzego PL na mój PL – bingo! To znaczy, ekskrement. To znaczy, znów nie dochodzą. Rozmowy OK (ale powodzenia z roamingiem za circa 15 pln/min).

Sposób poprzednio udany, czyli wymuszenie SMSa od operatora, tym razem nie skutkuje. A więc mail do biura obsługi abonenta, oczywiście z apelem o przekazanie warstwie technicznej. I czekam.

Rano jedziemy do pracy. W połowie drogi nagle telefon dostaje szału – kilkanaście wiadomości jedna za drugą. Fajnie, może uda się przelew wysłać z pracy. Niestety – tam już nie dochodzą.

Po kilku godzinach i powrocie z przerwy obiadowej telefon znowu wariuje. Szybka akcja na stronie bankowej i udaje się odebrać jeden nie przeterminowany kod. Następne – jak zwykle utykają. Zaczynam podejrzewać wrogą działalność.

Dwa dni później jedziemy autobusem zwiedzić Muzeum Izraela. Bing, bing, bing! Seria SMSów niby z karabinu maszynowego. W tym wiadomość od działu technicznego operatora, że z radością informują, że po ich stronie wszystko jest w porządku. To dobra wiadomość, czuję się znacznie lepiej. Tyle, że do mnie nadal nic nie dochodzi…

Wyjazd do kraju, powrót. Pierwsze dwa dni wszystko działa normalnie (a raczej nienormalnie, czyli wiadomości dochodzą), potem – embargo. I już nawet nie to, że dochodzą falami co dwa dni – po prostu w ogóle ich nie ma. Na szczęście zapobiegliwie dyspozycje przelewów złożyłem z odpowiednim wyprzedzeniem jeszcze w domu.

Zaczynamy snuć domysły na temat źródeł problemu. Teoria dominująca: jako osobnik podejrzany (grudniowa kontrola na Okęciu plus uparte krążenie po całym kraju) zostałem wpisany na czarną listę i każda wiadomość do mnie jest czytana i ręcznie zatwierdzana przez odpowiednie służby.

Po kolejnej podróży do kraju i powrocie do Izraela wszystko działa. Problem zniknął bez śladu.

Przejrzeliśmy ich.

Któregoś pięknego zimowego poranka postanowiliśmy oddać cześć zasadzie „cudze chwalicie, swego nie znacie” i zamiast na tradycyjną wyprawę po Izraelu udać się do położonego w Tel Awiwie Museum Eretz Israel (dosł. Muzeum Ziemi Izraela, przy czym zasadniczo chodzi tu o Ziemie, a nie o ziemię, co jednak obejmuje również tematykę u nas obsługiwaną przez Muzeum Ziemi). Jedną z przesłanek była rekomendacja naszego водителя, a drugą – fakt, że jest to jedna z niewielu placówek, które da się odwiedzić również w weekend.

Gablota z m.in. ozdobnymi płóciennymi przykrywkami do koszyków na macę.

Żeby maca nie wyschła.

Muzeum zajmuje spory obszar na północ od rzeki Yarkon, co oznaczało konieczność ponownego złamania australijskich zakazów i udania się tam transportem miejskim – ale o tym przy innej okazji. Teren jest obszerny, mieści około 10 pawilonów muzealnych i ekspozycje plenerowe, dlatego z dużą ulgą powitaliśmy stojącą przy samym wejściu mapę. Niestety nasza radość trwała krótko – mapa opisana była wyłącznie po hebrajsku.

Praemonitus, praemunitus, jak mawiali jednak starożytni Rzymianie. Na wszelki wypadek zapoznaliśmy się bowiem wcześniej z mapką na stronie internetowej i spisaliśmy co ciekawsze punkty programu. Tak więc bez większych obaw ruszyliśmy na azymut w kierunku planetarium…

Jakieś drzwi.

W świetle lampy błyskowej.

… zamkniętego z powodu remontu. Zamknięcie było na tyle konspiracyjnie (zastawka „uwaga, mokra podłoga”), że postanowiliśmy zbadać sprawę bliżej. Zanurzyliśmy się w ciemny korytarz wejściowy, w którym po dwóch zakrętach nie było już widać absolutnie nic. Przyświecając sobie lampą błyskową (a w zasadzie robiąc zdjęcia i poruszając się według nich) dotarliśmy jeszcze kawałek dalej, ale tu na przeszkodzie stanęły solidne, zamknięte drzwi. Uznaliśmy, że faktycznie obiekt jest zamknięty. Po opuszczeniu przez nas przybytku panowie papiarze (kładący na dachu papę) dziwnie na nas spojrzeli…

Nic to. Zaraz obok była kolekcja zegarów słonecznych z różnych rejonów Bliskiego Wschodu (repliki), większość źle wyregulowanych, oraz ogród nawiązujący do starożytnej bajki biblijnej o tym, jak drzewa postanowiły wybrać sobie króla (9 rozdział Księgi Sędziów). A więc oliwki, figi, winorośle i krzew cierniowy. A zaraz obok postawiono kamienną szopę  (czy może istnieć coś takiego? tu może.) pełniącą rolę tłoczni do oliwy. Każdy chętny mógł tu spróbować wycisnąć trochę oliwy za pomocą rozmaitych pras – od tych najbardziej starożytnych, do tych trochę mniej.

Nieopodal zbudowano budynek będący repliką dawnego młyna wodnego, a poniżej, u stóp zbocza rozplanowano wystawę „Drogi i Koleje Izraelskie”, ilością eksponatów niemal dorównującą muzeum w Hajfie: dwie lokomotywy, dwa wagony i wózek oraz trochę torów i kawałków dróg. Kolekcja została oczywiście udokumentowana i umieszczona w odpowiedniej galerii.

Obok tłoczni mieści się pawilon historyczny z eksponatami reprezentującymi różne kręgi żydowskiej diaspory – można obejrzeć stroje oraz przedmioty codziennego i świątecznego użytku Żydów bliskowschodnich, etiopskich, marokańskich, rosyjskich, europejskich itd. Bardzo ciekawe – różne tradycje, różne sposoby dekorowania… Mnie jako miłośnikowi potraw meksykańskich spodobały się ozdobne płócienne przykrywki na koszyki z macą; był też XVIII-wieczny ozdobny ołtarz na Torę umieszczony w osobnym pomieszczeniu – replice synagogi.

Czytaj resztę wpisu »

Po powrocie z Izraela (tym razem chyba już ostatnim i ostatecznym, choć niezbadane są wyroki Boskie i kaprysy naszego partnera biznesowego) przyszedł czas remanentu zdjęć i wspomnień. Coraz trudniej o pełnowymiarowe opowieści o weekendowych podróżach, ale jeszcze chciałabym dorzucić tu opis zwiedzania Jerozolimy z Górą Oliwną w roli głównej. Zdecydowaliśmy się na tę wycieczkę, kiedy obdarowani niespodziewanie kolejnym weekendem w Ziemi Świętej szukaliśmy ciekawego celu naszej kolejnej podróży i okazało się, że podróż na południe jest niemożliwa ze względu na okresowe rzeki, które pojawiają się na pustyni i zalewają drogi, a nawet zagrażają życiu nieostrożnych turystów. Czytaj resztę wpisu »

Bunkier na kółkach

W czasie jednej z naszych wypraw zawitaliśmy do muzeum kolejnictwa w Hajfie. Moment… Słowo „zawitaliśmy” nie do końca oddaje rzeczywistość, nie zawiera bowiem opisu krążenia po uliczkach dzielnicy portowej i samego portu w poszukiwaniu w/w muzeum, kreatywnego korzystania z biegu wstecznego i interpretacji przepisów drogowych, nie obejmuje również interesującej rozmowy z zespołem ratowniczym stacjonującym w karetce na jednym ze skrzyżowań, z którym to zespołem na szczęście udało się porozumieć po rosyjsku, jednak każdy z jego trzech członków miał inną teorie co do położenia muzeum… Nie wspomina również, że podczas tej rozmowy muzeum mieliśmy praktycznie pod bokiem, jednak jego ukrytą pod mostem bramę znaleźliśmy dopiero po następnych 10 minutach. Tak więc zacznijmy może jeszcze raz: W czasie jednej z naszych wypraw udało nam się odnaleźć muzeum kolejnictwa w Hajfie.

Czytaj resztę wpisu »

W trakcie pierwszych dwóch wizyt w Jerozolimie nie udało mi się odwiedzić kościoła Pater Noster na Górze Oliwnej, dlatego bardzo ucieszyłam się, że wybraliśmy się tam po raz trzeci. Jest to miejsce upamiętniające przekazanie uczniom modlitwy Ojcze Nasz przez Pana Jezusa, chociaż oczywiście dowodów archeologicznych na to być nie może. Jest za to ciekawa jaskinia w rodzaju takich, w jakich chroniono się zapewne przed panującymi tam upałami, więc nietrudno sobie wyobrazić, że ta zapisana w Piśmie Świętym rozmowa mogła mieć tam miejsce.

Wokoło jaskini wybudowano klasztorno-kościelny kompleks, który nie wyróżniałby się niczym, gdyby nie dość genialny w swej prostocie pomysł umieszczenia na ścianach budynków i otaczającego ten teren muru tablic z tekstem modlitwy Ojcze Nasz w różnych językach świata. Czytaj resztę wpisu »

W pewną grudniową sobotę… tzn. w piątek, naszym zwyczajem wsiedliśmy do wynajętego samochodu i wyruszyliśmy na zwiedzanie Izraela. Zachwyceni tym, że przez kilka dni chodziliśmy do pracy bez kurtek, nie zwróciliśmy początkowo uwagi, że zaczęła się zima.

Pierwszym celem naszej wycieczki były ruiny fortecy krzyżowców w Belvoir w południowej Galilei. Ciekawe jest to, że żadną miarą nie jest to oficjalna nazwa tego miejsca używana w Izraelu. Jedyna tabliczka z tą nazwą była dopiero na zjeździe z głównej drogi i przez dwie godziny jechaliśmy w kierunku parku narodowego Kohav Hayarden z mocną wiarą, że nic się nikomu nie pomyliło i to na pewno to.

Pierwszym objawem tego, że od września i października zmieniła się pora roku było to, że wzgórze, do którego dojechaliśmy było… zielone. Dopiero w tym momencie zrozumieliśmy, dlaczego wszyscy na informację, gdzie się wybieramy w weekend reagowali entuzjastycznymi zachętami, że „teraz jest tam naprawdę pięknie”. Dla naszego środkowoeuropejskiego oka wszystko wyglądało po prostu normalnie, ale w końcu zrozumieliśmy niezwykłość tego, że od paru godzin dominującym kolorem za oknem jest zieleń, a nie beżowy brąz. Podczas dość długiej drogi pod górę mieliśmy coraz silniejsze wrażenie zakrzywienia czasoprzestrzeni, bo okolica bardziej przypominała Irlandię niż Izrael. Trawa poprzetykana była malowniczymi kamieniami i skałkami, pomiędzy którymi pasły się owce i kozy.

Na szczycie góry czekał nas kolejny europejski widok, czyli forteca z XII wieku. Czytaj resztę wpisu »

Zadano nam za pośrednictwem Google’a następujące pytanie: czy można mieć aparat fotograficzny w bagażu podręcznym.

Odpowiadamy: nie tylko można, ale wręcz trzeba. Powody są następujące:

  • Dzięki temu można robić z góry ładne zdjęcia, z których większość wyjdzie nieostra lub zamazana.
  • W przypadku lotu El Alem zyskujemy możliwość uzyskania malowniczych dziurek w pokrowcu oraz pochwalenia się swoją twórczością przed panami (i paniami) ochroniarzami.
  • Możemy podenerwować współpasażerów błyskami flesza (szczególnie dobrym pomysłem jest błyskanie podczas robienia zdjęć obiektom za oknem).
  • Osobnicy zwani w pewnych kręgach Urywaczami Kłódek nie usuną nam aparatu z walizki i nie sprzedadzą na Allegro.
  • Panowie zwani w innych kręgach Rzucaczami Walizek nie sprawią, że na miejsce dowieziemy o jedne puzzle więcej, niż pakowaliśmy.

W naszym doświadczeniu aparat cyfrowy zawsze (za wyjątkiem p. 2 powyżej) przechodzi nawet bez konieczności wyjmowania go z torby/plecaka. W przypadku aparatu na kliszę lepiej skonsultować się z obsługa bramki przed wrzuceniem go do prześwietlenia… Niektórzy narzekają bowiem, że przy tej okazji czerń filmu traci swoją czerń.

Autorzy

Kategorie

Grudzień 2018
N Pon W Śr C Pt S
« Mar    
 1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
3031  
Reklamy