Dla porządku postanowiłam dodać tu opis naszej wycieczki do Jerozolimy z końca sierpnia. Firma zafundowała nam niemal prywatną wycieczkę, ponieważ oprócz mnie wybrał się na nią tylko Zbyszek z rodziną i pewien hinduski kolega, który też współpracuje z tą firmą. Przewodnik był bardzo doświadczony i miał niesamowitą wiedzę na wszystkie tematy związane z Izraelem, Jerozolimą, jak również chrześcijaństwem. Do tego bardzo lubił mówić nawet niepytany, a zapytany udzielał kilkunastominutowych, bardzo wyczerpujących odpowiedzi. Na szczęście okazało się, że ja też co nie co na te tematy wiem i chyba tylko dlatego z grubsza nadążałam za wszystkim, co nam opowiadał i tłumaczył.

W ramach atrakcji turystycznej do Jerozolimy jechaliśmy drogą, która w części przebiega przez Zachodni Brzeg, czyli terytoria okupowane lub wyzwolone w zależności od tego, kogo się spytać. Na całej linii wyznaczającej granicę tego terytorium ciągnie się metalowy płot, a na bardziej newralgicznych odcinkach wysoki mur zabezpieczających eksterytorialną drogę przed atakami Palestyńczyków.

WestBank_small

Oprócz tego nie widać było zbytnio innych oznak jakichś niepokojów. Minęliśmy jeden posterunek, ale nikt się nami tam zbytnio nie interesował. Tankowaliśmy też na stacji benzynowej obsługiwanej przez Palestyńczyków mieszkających na tych terenach i nawet kupiliśmy od nich świeże figi, których miałam okazję spróbować pierwszy raz w życiu. Smakują podobnie do śliwek i tak jak inne owoce nie mają wiele wspólnego ze swoją suszoną wersją, co nie wiadomo czemu nas w pierwszym momencie zdziwiło.

Po drodze mogliśmy porównać, jak wyglądają tereny zasiedlone przez Żydów, a jak przez Arabów. Tereny żydowskie można rozpoznać przede wszystkim po… sosnach. Okazuje się, że pierwsi osadnicy rozumieli konieczność zagospodarowania ziemi, a że tęsknili do środkowoeuropejskich lasów, to zdecydowali się na tego typu roślinność. Poza tym osady żydowskie rzeczywiście są bardziej nowoczesne i zbudowane w bardziej zorganizowany sposób. Natomiast wioski arabskie wyróżniają się przede wszystkim wieżami minaretów.

Pierwszy przystanek w Jerozolimie to była góra Scopus, z której rozciąga się przepiękny widok na tereny między Jerozolimą a Morzem Martwym. Podobno jaśniejsza plama na horyzoncie to było już właśnie to morze, chociaż tu muszę wierzyć na słowo przewodnikowi. Na zdjęciach, niestety, tego za bardzo jednak nie widać. Jest to jednak kilkadziesiąt kilometrów, do tego powietrze nie było za bardzo przejrzyste. Ciekawą cechą tego miejsca jest to, że na tym w sumie niewielkim odcinku wysokość terenu spada o 1200 m, co oznacza około 12 stopni w różnicy temperatur. Właśnie to jest też przyczyną zupełnego braku deszczu na wschód od Jerozolimy i powstania pustyni otaczającej Morze Martwe.

Scopus_small

Obok punktu obserwacyjnego znajduje się też Uniwersytet Hebrajski Mount Scopus, który co chwilę przewija się w autobiografii izraelskiego pisarza Amosa Oza, którą od jakiegoś czasu czytam.

Kolejny przystanek, to kolejny punkt obserwacyjny, tym razem na Górze Oliwnej. Rozciąga się stąd niesamowity widok na starą część Jerozolimy, w tym centralnie na Wzgórze Świątynne oraz Ogród Oliwny i Dolinę Jozafata, gdzie wg Starego Testamentu kiedyś wszyscy się spotkamy na Sądzie Ostatecznym. Co sprytniejsi albo bardziej niecierpliwi starają się być pochowani na zboczach tej doliny, tak żeby w tym dniu być pierwszymi. W przypadku katolików trzeba być podobno zasłużonym franciszkaninem albo zasłużonym przyjacielem franciszkanów, żeby dostąpić tego zaszczytu, bo to oni administrują niewielkim katolickim cmentarzykiem w tej okolicy.

Dolina_small

Zanim jednak dotarliśmy z samochodu do barierek punktu obserwacyjnego natknęliśmy się na pana z wielbłądem, który oferował zdjęcia i przejażdżki. Zbyszek i Monika nie mogli odmówić swojej córce takiej atrakcji. Jak już się udało skończyć zabawy z wielbłądem, to przewodnik w 25 minut przeszedł historię narodu wybranego od Abrahama do czasów Heroda ze szczególnym uwzględnieniem losów Świątyni Jerozolimskiej w różnych okresach, jak również wytłumaczył, dlaczego jest to miejsce święte również dla muzułmanów.

Następnie zjechaliśmy na dół, żeby obejrzeć miejsca upamiętniające modlitwę w Ogrójcu oraz aresztowanie Jezusa. O autentyczności tego miejsca świadczy fakt, że u podnóża Góry Oliwnej było tylko jedno miejsce pasujące do opisu z Ewangelii. Oczywiście konkretna skała wokół której zbudowano kościół jest tylko pewnym symbolem, ale niezależnie od tego, zapiera to dech w piersiach. Oprócz duchowego aspektu przebywania i modlitwy w tej przestrzeni, wrażenie zrobiła na mnie też sama budowla. Na podłodze odtworzono przepiękną mozaikę na podstawie fragmentów starej posadzki starego kościoła znalezionych podczas prac budowlanych. Wnętrze jest dość ciemne i przestronne, więc pozwala na chwilę skupienia, ponieważ tłumy turystów i pielgrzymów kłębią się tylko wokół odkrytego fragmentu skały przed samym ołtarzem.

Obok jest piękny fragment ogrodu z drzewami oliwnymi, który daje pewne wyobrażenie, jak wyglądała tu przyroda także 2000 lat temu.

Gaj_small

Kolejnym punktem wycieczki był Wieczernik. Nie jest to obecnie miejsce kultu żadnej religii. Zdaje się, że do 1967 roku był tam meczet, ale po zajęciu/oswobodzeniu tej części Jerozolimy przez Izrael, pozostawiono to miejsce jako religijnie neutralne. Mała przestrzeń i ogromna liczba ludzi utrudniają uchwycenie atmosfery tego pomieszczenia, w którym wydarzyły się rzeczy tak istotne dla historii chrześcijaństwa. Inna sprawa, że wygląd tego miejsca bardzo zmieniał się przez lata. Zanim zostało ono przerobione na meczet, swój wkład w jego odbudowę czy rozbudowę mieli też Krzyżowcy, po których pozostała kolumna ozdobiona płaskorzeźbą pelikana karmiącego własną krwią swoje młode, co jest oczywiście odniesieniem do biblijnej symboliki. Nie zmienia to faktu, że stanięcie w tym punkcie jest niezwykłym doświadczeniem.

Pelikan_small

Ciekawa jest inna historia, która przy tej okazji spięła mi się w całość. Otóż po nieudanym powstaniu żydowskim w roku 70 n.e., po zburzeniu Świątyni, Rzymianie wypędzili z Jerozolimy wszystkich żydów (mała litera nie bez przyczyny), nie bez podstaw uważając, że ich siłą jest w jakimś stopniu bliskość wzgórza świątynnego. Okazuje się, że chrześcijanie żydowskiego pochodzenia, skutecznie przekonali Rzymian, że chociaż są Żydami, to nie wyznają już wiary żydowskiej, więc nie powinni podlegać temu nakazowi. Dlatego nieprzerwanie mieszkali w Jerozolimie do czasów uznania chrześcijaństwa przez cesarza Konstantyna ponad 200 lat później i dlatego w tradycji ustnej mogły zachować się takie informacje, jak ta, gdzie spotykały się pierwsze wspólnoty zaraz po śmierci Jezusa, na podstawie których między innymi wyznaczono najbardziej prawdopodobną lokalizację Wieczernika oraz Grobu Pańskiego. Co więcej, kilka dni temu natrafiłam na Discovery na program, który sugerował, że motyw Piłata umywającego ręce po skazaniu Jezusa był dodany do Ewangelii między innymi po to, żeby udowodnić Rzymianom, że chrześcijanie nie uważają ich za wrogów i za śmierć Jezusa winią jedynie Żydów, którzy Go nie przyjęli jako Mesjasza.

Oczywiście jest to teoria zbudowana na cząstkowych informacjach i na pewno jest milion innych informacji, które mogą jej zaprzeczyć, ale jest to coś, co zwróciło moją uwagę.

Po drodze zobaczyliśmy tez kilka archeologicznych znalezisk. Podczas odbudowy miasta po wojnie sześciodniowej, odkryto między innymi kolumny z okresu bizantyjskiego, które teraz udostępniono zwiedzającym. Co ciekawe, czas sprawił, że kolumny te są poniżej poziomu, na którym obecnie jest miasto, więc przykryto je betonowymi wzmocnieniami po to, by nad nimi mogły nadal stać budynki używane na co dzień przez mieszkańców tej dzielnicy.

Kolumny_small

W części zbudowanej kiedyś przez Krzyżowców natomiast zbudowano lub odbudowano pomieszczenia przylegające do zbudowanej przez nich ulicy i teraz izraelscy handlarze sprzedają tam pamiątki i inne rzeczy turystom. Przewodnik podkreślał dążenie rządu do tego, by zachować te historyczne ciekawostki, ale jednocześnie zezwolić na normalne funkcjonowanie miasta, które dopiero co odzyskano z rąk Jordańczyków, tak by mogło służyć zwykłym Izraelczykom, a nie tylko turystom.

Pasaz_small

Po drodze do następnej atrakcji turystycznej zatrzymaliśmy się w sklepie z przyprawami, których wybór mógł spokojnie zawrócić w głowie. Oczywiście w Polsce można już kupić znakomitą większość tego, co było tam dostępne, ale w takich ilościach kory cynamonowej albo anyżu nie widziałam chyba nigdy. Zdecydowałam się kupić kilka gotowych mieszanek oraz przyprawy, których w Polsce nie spotkałam w sklepach. Jestem ciekawa, czy zmobilizuję się do tego, żeby je wykorzystać, ale mam szczerą nadzieję, że nie będę żałować tych zakupów.

Następnym i niewątpliwie głównym punktem wycieczki była Bazylika Grobu Pańskiego. Przede wszystkim mam silne postanowienie, żeby tam wrócić i pobyć tam na trochę innych warunkach, bo zdecydowanie nie jest to miejsce do obiegnięcia wokoło z przewodnikiem. Na razie jednak cieszę się i z tego doświadczenia, bo po wizycie tam rozważanie Męki Pańskiej nigdy już nie będzie takie samo.

Nasza wizyta w Jerozolimie przypadła na środek Ramadanu i do tego piątek, który jest dla muzułmanów dniem modlitwy, dlatego ominęły nas dwie rzeczy, które zobaczyć tam trzeba. Pierwszym było Wzgórze Świątynne z miejscem, na którym Abraham miał oddać Izaaka w ofierze i gdzie stała jerozolimska Świątynia. Niestety w dni, podczas których muzułmanie zbierają się tam, a dokładnie rzecz biorąc w pobliskim meczecie, na modlitwę, wzgórze jest zamknięte dla turystów i osób innego wyznania, w szczególności dla Żydów, do których należał nasz przewodnik, tak by ich obecność nie prowokowała Palestyńczyków do niepotrzebnych reakcji. Druga rzecz, z której zrezygnowaliśmy, to Droga Krzyżowa, która przebiega w znacznej części przez Dzielnicę Muzułmańską i była tego dnia bardzo zatłoczona. Przewodnik był wyjątkowo niechętny, żeby tam wchodzić, a my nie nalegaliśmy. Ja zostawiłam to sobie na kolejne, spokojniejsze zwiedzanie.

Zwiedzanie Jerozolimy zakończyliśmy przy Ścianie Płaczu. Było to jedyne miejsce, przy wejściu do którego prześwietlono nam bagaże i kazano przejść przez bramki do wykrywania metalu. Zgodnie z tradycją pomodliliśmy się tam (oddzielnie panie, oddzielnie panowie), włożyliśmy w mur karteczki z prośbami i naśladując wszystkich dookoła wycofaliśmy się na plac, skąd udaliśmy się do samochodu.

Sciana_small

Pięć godzin zwiedzania dało mi się ostro we znaki i do samochodu dotarłam ledwo żywa. Na szczęście dzięki klimatyzacji mogliśmy chwilę odetchnąć i po 20 minutach dojechaliśmy do restauracji na spóźniony lunch. Przewodnik zabrał nas do podobno najlepszej restauracji w Izraelu, w arabskiej wiosce nieopodal Jerozolimy. Cena posiłku dwukrotnie przekraczała średnią cenę, którą płaciliśmy do tej pory za obiad, ale za to na stół wjechało kilkanaście przeróżnych przystawek: humus, tahini (pasta sezamowa) z różnymi dodatkami, marynowane warzywa, mój ulubiony grillowany bakłażan, kuskus z pietruszką i jeszcze kilka, które nie do końca umiałam zidentyfikować. Następnie dostaliśmy do podziału talerz różnych grillowanych mięs, chociaż niestety królował wśród nich kurczak. Najgorzej miał nasz kolega z Indii, który za tę samą cenę dostał trochę pieczonych warzyw, ponieważ jest wegetarianinem. Na deser dostaliśmy pyszną arabską kawę gotowaną z kardamonem i cukrem i słodkie ciasteczka – baklavę.