Po zakończeniu pobytu w Izraelu bardzo chciałam napisać o stosunku mieszkańców tego kraju do Polaków. Chciałam to zrobić wcześniej, ale do ostatniej chwili mogło wydarzyć się coś, co zmieniłoby znaczenie moje wrażenia na ten temat, więc wstrzymałam się do teraz. Zacznę od opisania wydarzenia, które sprawiło, że przez chwilę przestraszyłam się, że wyraz tego wpisu będzie zupełnie inny niż planowałam. Otóż ostatniego dnia, jedna z naszych dość bezpośrednich koleżanek zaczęła zdanie od „my Żydzi mamy wyrobioną opinię o Polakach.” Nie wiem, jak inni, ale ja zamarłam, zwłaszcza, że następne słowa brzmiały „Nie bierzcie tego do siebie, to tylko taki stereotyp.” Wcale mnie to nie uspokoiło. Na szczęście okazało się, że mowa o stereotypie „polskiej mamy”, czyli znanej nam niewątpliwie z wielu domów osoby, która niezależnie od okoliczności jest przekonana, że jesteś za lekko ubrany i za mało zjadłeś.

Moje wcześniejsze doświadczenia były dużo mniej stresujące. Zazwyczaj na informację, że pochodzimy z Polski były dwie typowe reakcje. Pierwsza , to radosne „moja Babcia pochodzi z Łodzi” (org. „My grandmother is from Locz” – chwilę mi zajęło rozszyfrowanie tego tajemniczego miasta), a druga „Byłem kiedyś w Polsce.”

Pierwsza reakcja zaskakiwała mnie zazwyczaj swoją lekkością. Byłam osobiście pełna obaw, że Żydzi nie żywią zbyt ciepłych wspomnień wobec naszego kraju i że to w jakiś sposób może przekładać się na relacje ich wnuków z Polakami. Czasem można spotkać się z opisami takich sytuacji. Ja nigdy nie zauważyłam najmniejszej niechęci w ich tonie, kiedy o tym opowiadali. Wręcz przeciwnie, była w tym zwykła radość ze spotkania kogoś, kto pochodzi z kraju ich przodków, jaką odczuwa wielu emigrantów i ich potomków. Ten sam ton słyszałam w głosach Amerykanów polskiego pochodzenia.

Z jedną z dziewczyn wymieniałyśmy się nazwami polskich potraw, które gotują nasze babcie i porównywałyśmy przepisy na kopytka. Druga opowiadała o słowiańskiej urodzie swojego brata. Nawet pan Stanisław z numerem obozowym na przedramieniu przedstawił się nam właśnie tym imieniem i opowiedział zabawną historyjkę o próbie wjechania do Polski w latach siedemdziesiątych na przedwojenny polski paszport.

Druga reakcja wiąże się oczywiście z obowiązkową w programie szkoleniowym wycieczką młodzieży do obozów zagłady. Z opowieści osób, które spotkaliśmy nie wynikało wcale, że jest to jedyny cel ich podróży. Wręcz przeciwnie – często są wtedy zbyt młodzi, żeby do końca świadomie i poważnie zatrzymać się nad tym, co widzą w Auschwitz, więc w pamięci pozostaje im łażenie po Starym Rynku w Krakowie, przepiękne ogrody w warszawskich Łazienkach albo deszcz i chłód tak odmienny od tego, co znają na co dzień.

Jeżeli ktoś nie okazywał jednej z tych reakcji, to z dużą dozą prawdopodobieństwa można było stwierdzić, że jest względnie świeżym emigrantem z byłego Związku Radzieckiego, ale wtedy mieliśmy już inne pole do komunikacji. Bardzo cieszyli się, jak mogli z nami pogadać po rosyjsku, bo słyszeli, że teraz już nikt w Polsce nie chce się uczyć tego języka. Jeden z kolegów, bardzo dumny z siebie, co rano witał nas starannym „Dżendobry”, no i wszyscy wykazywali się dużym zrozumieniem dla tego, jak miłą odmianą dla nas jest temperatura 30 stopni w październiku.

Reklamy