W pierwszą weekendową wycieczkę podczas tego pobytu udaliśmy się nad Morze Martwe przez pustynię Negew. W pierwszej chwili wydawało nam się, że to co najciekawsze w Izraelu już widzieliśmy i nawet martwiłam się, co będziemy robić w czasie wolnym, ale jak zaczęliśmy planować trasę, to okazało się, że absolutnie nie da się wcisnąć wszystkich atrakcji w jeden dzień. Z bólem serca połowę zostawiliśmy na ostatni weekend, kiedy to dołączy do nas jeszcze Renata.Tym razem priorytetem było zobaczenie Muzeum Lotnictwa, które było bardzo wysoko na liście rzeczy, które w Izraelu koniecznie musiał zobaczyć Michał. Stanęliśmy więc całą ekipą przed kilkudziesięcioma przeróżnymi wojskowymi samolotami, które podobno czymś się od siebie różniły oprócz kolorów.

duzo_samolotow_small

Mi się najbardziej podobały historie poszczególnych eksponatów. Szczególnie utkwiła mi w pamięci opowieść o tym, jak to Izrael zbudował samodzielnie pierwszy myśliwiec przy użyciu planów i narzędzi pozyskanych przez agentów Mossadu. Poza tym podobała mi się rodzinka śmigłowców – duży, średni i zupełnie malutki.

smiglowce_small

Najbardziej wzruszającym eksponatem według mnie były zdjęcia z przelotu izraelskich myśliwców F15 nad Obozem Koncentracyjnym Auschwitz w 2003 roku.

Po obejrzeniu wszystkich samolotów pojechaliśmy w okolice kibucu Sde Boker, gdzie przez jakiś czas mieszkał Dawid Ben Gurion. Najpierw wyprowadził się tam po rezygnacji ze stanowiska premiera, gdy uznał, że nie jest w stanie udźwignąć stresu z tym związanego i postanowił wziąć osobiście udział w wielkim dziele zagospodarowywania pustyni Negew, co uważał za jedną z podstaw pomyślnego rozwoju Izraela. W muzeum pokazywane są wspomnienia osób, które miały przyjemność uprawiania ziemi z człowiekiem, który chwilę wcześniej był ich przywódcą. Po dwóch latach co prawda Ben Gurion wrócił do polityki, ale w tym kibucu mieszkał też przez ostatnie kilka lat swojego życia. Do zwiedzania oddano jego domek, który rzeczywiście wydaje się bardzo skromny, jak na byłego premiera państwa goszczącego u siebie największe postaci tamtych czasów.

domek_small

Kawałek dalej znajduje się grobowiec Ben Guriona i jego żony. Położony on jest na skalnym tarasie, z którego rozpościera się przepiękny widok na otaczającą pustynię. Podobno tam najłatwiej zrozumieć marzenie o tym, jaką korzyść mogłoby Izraelowi przynieść umiejętne zagospodarowanie tak ogromnej przestrzeni, która niestety do dzisiaj w przeważającej części nie przynosi większych korzyści. Do grobowca idzie się natomiast przez uroczy park, który pokazuje, co się może stać z pustynią, kiedy ma się do dyspozycji dużo słodkiej wody i trochę różnej grubości rur i rurek.

Następnie zjechaliśmy do kanionu Bik’at Tzin do Parku Narodowego Źródeł Owdat (Avdat). To była dopiero niespodzianka – w sercu pustyni, bije źródło, które sprawia, że na dno niesamowitego, głównie wapiennego kanionu, spada wodospad tworząc małe jeziorko. Dookoła rosną trzciny, a dalej trawa i drzewa, pośród których biegają dzikie koziorożce. Okresowo w kanionie pojawia się większa rzeka i widać cudne formacje, które przez tysiąclecia woda wyrzeźbiła w skale.

sciana_small

oaza_small

wapien_small

Wspinanie się jest odrobinę uciążliwe, ale w trudniejszych miejscach zbudowano schodki i właściwie nie ma większego problemu żeby tam wejść. Za to widoki wynagradzają wszystko. Zdecydowanie też to miejsce zasługuje na spokojną wycieczkę, a nas powoli zaczynał gonić czas. Musieliśmy też zrezygnować z wejścia na ostatni odcinek trasy, ponieważ był on jednokierunkowy i nie mielibyśmy jak wrócić na dolny parking, gdzie został nasz samochód. Mamy za to doskonały powód, żeby tam jeszcze kiedyś wrócić.

Po drodze nad Morze Martwe mieliśmy okazję podziwiać surowe piękno skalistej pustyni.

pustynia1_small

pustynia2_small

Poza tym przejeżdżaliśmy przez teren średniego z trzech kraterów na terenie Negewu. Jest to niesamowicie wyglądające obniżenie terenu na dość dużym obszarze spowodowane najprawdopodobniej wypłukiwaniem przez wodę dolnych warstw ziemi i opadaniem warstw wyższych. Efektem jest przestrzeń pełna skał o różnych dziwnych kształtach otoczona pagórkami.

Na pustyni są też trochę inne znaki drogowe niż w Polsce. Na własne oczy widzieliśmy, że ich umieszczanie jest zasadne. Niestety brakuje mi na to dokumentacji fotograficznej, ale daję słowo, że wielbłądy spacerowały luzem przy szosie.

Duży żółty znak ostrzegawczy z narysowanym na środku klasycznym znakiem ostrzegawczym 'Uwaga wielbłądy!' oraz napisami w trzech językach: uwaga na wielbłądy w pobliżu drogi.

Żeby zrobić to zdjęcie, dokonaliśmy naprawdę ostrego hamowania z prędkości podróżnej 140 km/h, a następnie równie gwałtownego przyspieszania, żeby zdążyć przed nadjeżdżającym za nami samochodem, którego ponowne wyprzedzanie znacznie obniżyłoby nam prędkość średnią. A ta była w tym momencie bardzo istotna - czekał nas bowiem jeszcze krater i Morze Martwe, nad które musieliśmy dotrzeć przed zmierzchem.

Na końcu trasy czekało na nas Morze Martwe. Już z daleka widać było błyszczącą sól wytrącającą się na brzegach. Następnie minęliśmy dwie fabryki – magnezu oraz kosmetyków, przy której stały ogromne hałdy soli. Potem zajechaliśmy do miejscowości turystyczno-kąpieliskowej Ein Bokek, gdzie powitał nas dość surrealistyczny widok nowoczesnych hoteli stojących dosłownie obok majestatycznej skalnej góry, która wyglądała jakby ktoś ją tam z tyłu namalował i postawił jako dekorację.

HotelGora_small

Zdążyliśmy prawie w ostatniej chwili, ponieważ słońce właściwie zaszło już za górami i teoretycznie mieliśmy tylko 20 minut do końca dozwolonego czasu przebywania w wodzie. Na szczęście okazało się, że 15 minut to absolutnie wystarczający czas, żeby się tą zabawą nacieszyć. Najpierw człowiek w dość nieprzyjemny sposób dowiaduje się o wszelkich możliwych zadrapaniach i podrażnieniach na swoim ciele, potem jest wyrzucany do góry jak piłka przez gęstą wodę i naprawdę niewiele może zrobić, żeby się przemieścić lub zmienić pozycję na bardziej komfortową. Ze względu na ryzyko zachłystnięcia się solanką wolno pływać tylko na plecach, co z nogami i głową w powietrzu wcale nie jest takie proste. Można też się pounosić pionowo w płytszej wodzie i powyciągać palcami u stóp kawałki skrystalizowanej soli. Natomiast skóra po takich kilkunastu minutach rzeczywiście robi się jakby bardziej miękka, więc w sumie warto.

Po kąpieli uznaliśmy, że ciężki dzień uprawnia nas do spożycia porządnego posiłku i udaliśmy się do najniżej położonego na świecie McDonalda (396 m p.p.m), który jeszcze nie był zamknięty na szabat w przeciwieństwie do najniżej położonego na świecie Burger Kinga (415 m p.p.m).

Reklamy