W ramach testowania rzeczy, których nie powinno się nigdy robić w Izraelu, najpierw wybraliśmy się do dużego centrum handlowego, a potem postanowiliśmy wrócić autobusem.

Dokładnie rzecz biorąc, to ja czułam silną potrzebę odstresowania się poprzez wydanie jakiejś sumy pieniędzy na nowe ubranie, a panowie postanowili mi towarzyszyć w ramach zwiedzania Tel Avivu. Galeria handlowa Azrieli znajduje się bowiem po zupełnie przeciwnej stronie centrum i do tego w bardzo interesującej konstrukcji architektonicznej – trzech wieżach na planie koła, trójkąta i kwadratu.

Po zaoszczędzeniu 500 szekli, których nie wydałam na nowe buty ani na nową sukienkę, humor mi się odrobinę poprawił, ale nie na tyle, żeby przedsięwziąć kolejną 40-minutową pieszą podróż przez miasto.

Wcześniej sprawdziłam, że z tego miejsca powinny jeździć autobusy do zajezdni nieopodal naszego domu , więc zaprowadziłam zupełnie do tego nieprzekonanych chłopaków na przystanek. Tam okazało się, że owszem, numer poszukiwanego przez nas autobusu widnieje na tabliczkach, ale na obrazku jak wół narysowane jest, że autobus w jedną stronę jedzie inną trasą niż z powrotem i w interesującym nas kierunku nie ma przystanku na ulicy, na której stoimy. Z drugiej strony, po co ktoś by umieszczał na przystanku numer autobusu, który się na nim nie zatrzymuje… Pytanie o logikę komunikacji miejskiej w obcym kraju, gdzie większość napisów jest w niezrozumiałym dla nas alfabecie (chociaż ja już znam sześć liter), nie jest zbytnio zasadne.

Napięcie rosło. Co i raz podjeżdżały autobusy o zupełnie innych numerach niż ten, na który czekaliśmy. Michał wyszukiwał na mapie trasę, na której pokonanie mógłby mnie namówić, był nawet gotów zrezygnować z eksplorowania obszarów nazwanych przez naszego taksówkarza „Bangladeszem”, ja dla odmiany nerwowo rozglądałam się za taksówkami, kiedy nagle… pojawił się autobus linii 63.

Na szczęście kierowca autobusu okazał się poliglotą. Po tym, jak skończył rozmawiać po francusku z turystą stojącym w kolejce przede mną, grzecznie wytłumaczył mi po angielsku, że owszem jedzie w kierunku Ha-Karmel i że to jest jego ostatni przystanek.

Potem już było jak w Warszawie. Przepychanie się przez ludzi do pustej przestrzeni na końcu autobusu, rozpaczliwe próby zachowania równowagi, bo pani musiała wstać i dostać się do wyjścia dokładnie w środku zakrętu, nerwowe przesiadanie się ludzi na siedzenia w kierunku jazdy, które się zwolniły, aż wreszcie cierpliwe upolowanie wolnego miejsca.

Pod koniec drogi panowie próbowali wywalczyć jeszcze kompromis polegający na tym, że wysiądziemy przynajmniej przystanek wcześniej i zrobimy sobie jeszcze mały spacer nad morzem, ale niestety autobus miejski nie posiada przystanków przy plaży i zanim zebraliśmy się, żeby spróbować wynegocjować jakiś przystanek na żądanie byliśmy już na naszym skrzyżowaniu.

Reklamy