Nie mogę nie napisać o kotach w Tel Avivie. Są ich tutaj setki, większość nie wygląda, jakby była karmiona jedzeniem z puszek i wylegiwała się w ciągu dnia na kanapach. Występują za to w przeróżnych odmianach i kolorach.

Najbardziej zaprzyjaźniony kot koczuje w okolicach budki z jedzeniem, do której chodzimy na lunch. Jest cały czarny, malutki i straszliwie wychudzony, co albo oznacza, że tutejsi ludzie są nieczuli na nieszczęścia małych słodkich futrzaków albo on ma niesamowitą przemianę materii. Mnie zaskoczył wcinając kawałek omleta, który tak na oko był większy od jego żołądka. Co więcej, zauważyliśmy też, że aktywność dźwiękowa naszego przyjaciela wzrasta, jak obok pojawia się drugi większy kot podobnego koloru, co przywołało nam może mało politycznie poprawne skojarzenie z małym cygańskim dzieckiem wysyłanym do pracy przez nieczułych opiekunów. Wczoraj na przykład kotek tylko towarzysko przyszedł poleżeć pod naszym stolikiem i o nic się nie upominał, pomimo tego, że panowie zdecydowali się skorzystać z mięsnej budki i mieliby dla niego dużo smaczniejsze kąski niż omlet.

Dzisiaj pojawiła się dodatkowa para – mały i duży – tym razem koloru szarego. Koncert był więc w systemie surround. No i już jak we cztery czatowały wokół stolika i rzucały się na każdy kąsek, to zaczęłam się obawiać, czy sobie nawzajem nie zrobią jakiejś krzywdy. W końcu udało mi się dokarmić mojego ulubieńca na boku i dzielny i zadowolony przestał miauczeć.