Bezpośredni samolot do Tel Avivu wylatuje z Polski o godzinie 22:55, co w połączeniu z prawie czterogodzinnym lotem oraz przesunięciem czasu o godzinę do przodu daje uroczy i oryginalny sposób na spędzenie nocy. Coż, sen jest podobno dla słabych…

Po przyjeździe na lotnisko zauważyłam, że na samolot czeka dość mało ludzi, co było o tyle zaskakujące, że ostatnim razem w mniej więcej tym samym czasie odlatywały trzy pełne samoloty w tym kierunku. Zdążyła mi tylko przemknąć przez głowę radosna myśl, że w związku z tym będzie w samolocie luźno, jak najpierw usłyszałam ogłoszenie dla osób odlatujących do Lizbony, że zmieniono im samolot na większy i żeby się nie denerwować, bo dla wszystkich starczy miejsca, potem Michał zażartował, że pewnie oddali im nasz samolot, a za chwilę pasażerów naszego lotu wezwano do bramki w celu odebrania nowych kart pokładowych. Trudno.

Żeby było ciekawiej odprawę obsługiwał jeden młody człowiek, który jednocześnie aranżował transport dla pasażerów i załogi (pierwotnie miał być rękaw), wymieniał ludziom karty pokładowe i próbował zalogować się do zawieszonego systemu. W końcu popatrzył na zegarek i powiedział, „e tam, idziemy na żywioł”. Nie było jednak tak źle. Udało nam się znaleźć autobus, który dowiózł nas do właściwiego samolotu i wszystkim udało się usiąść. W samolocie przez pierwsze pół godziny włączono nam ogrzewanie zamiast klimatyzacji i nawet zaczęliśmy podejrzewać, że to jakiś nowy program aklimatyzacyjny podczas podróży na południe, ale po jakimś czasie obsługa opanowała jednak sytuację i temperatura trochę spadła.

Na koniec, żeby nas trochę przebudzić przed lądowaniem, pilot wleciał w jakieś chmury i turbulencje nad morzem przed samym Tel Avivem, ale dzielnie doleciał do lotniska i szczęśliwie wylądował.

Odprawę udało się przejść sprawnie, chociaż tym razem pani nie zadowoliła się prostą odpowiedzią „Business” na pytanie o cel wizyty i chciała koniecznie wiedzieć „what kind of business”. Wystarczyły jej na szczęście krótkie wyjaśnienia i bez problemu wpuściła nas do kraju. Co prawda zapomniała (?) oddać mi paszportu i musiałam sięo niego upomnieć, co było o tyle niesprawiedliwe, że to Michał miał mnóstwo arabskich pieczątek i obawiałam się, że to jego paszport wzbudzi niepotrzebne zainteresowanie. Na szczęście pani tylko sprawdzała moją czujność albo się zagapiła, co nie byłoby takie dziwne biorąc pod uwagę nieludzką porę, o której się to wszystko odbywało.

Następnie, po odstaniu swojego w kolejce, wsiedliśmy do taksówki. Podróżowanie nieznaną trasą w środku nocy z taksówkarzem, który raczej nie mówi biegle w żadnym ze znanych ci języków jest ekscytujące. Do tego stopnia, że jak zobaczyłam znane mi skrzyżowanie, to prawie zaczęłam podskakiwać z radości, aż pan zaczął mnie uspakajać, że owszem wie, gdzie ma nas zawieźć i wszystko jest w porządku.

Na miejscu musiałam zdobyć się na ostatni wysiłek – włączyć klimatyzację i znaleźć gniazdko elektryczne, do którego udałoby sięwcisnąć ładowarkę do telefonu. Tu prąd jest taki sam, natomiast gniazdka występują losowo w dwóch typach i czasami bywa problem z wtyczkami. Tym razem upewniłam się też, że skutecznie przestawiłam czas w komórce, nastawiłam budzik i udałam się na zasłużoną dwuipółgodzinną drzemkę. Jak tylko zamknęłam oczy usłyszałam przeraźliwe pianie kogutów, ale po jakimś czasie senność zwyciężyła.

Reklamy